styczeń 28, 2009

Najnowsze wydawnictwo Rottun Recordings to solidna dawka potężnego dubstepu. 5 tracków łączy atmosfera miejskich zaułków po zmroku, a także dosadność gęstych, smolistych basów. The Union to także zaskakująco duża porcja energii – poszczególne numery są niczym ekstremalna dawka adrenaliny mimo tego, że bębny czy aranżacje nie mają wiele wspólnego z typowymi imprezowymi bangerami. Autorzy postawili na epicki klimat, na wykreowanie zapamiętywalnej, mrocznej atmosfery. Odsłuch tego materiału można chyba porównać do uczuć towarzyszącym pilotom sterującym olbrzymimi maszynami kroczące rodem z filmów sci-fi – świadomość władzy i powolnego acz zdecydowanego zdobywania nowych terytoriów. Lepkie, chropowate basy miażdżą wszystko co stoi na ich drodze. Co ciekawe pomimo gęstych i bardzo zwartych brzmień autorem udało się zachować sporo przestrzeni w aranżacjach dzięki czemu momentami mamy do czynienia z atmosferycznym dubstepem. The Union to bardzo solidne wydawnictwo, którego słucha się z przyjemnością, ale ma też swoje wady. A mianowicie materiał brzmi wręcz zbyt spójnie, co jest wadą jeśli weźmie się pod uwagę fakt, że utwory na te EPkę zostały wyprodukowane przez 3 producentów. Brakuje trochę czegoś co by wyróżniało poszczególnych autorów. Tak czy inaczej warto wyróżnić wszystkich: Toma Encore’a (polski reprezentant na tym wydawnictwie), Droid Sectora (w szczególności za tajemniczy numer The Ruiner) i Vaski’ego (szalone Release Her). Solidne wydawnictwo, 5 świetnych kawałków, które raczej klasykami nie zostaną, ale warto do nich wracać.
Ocena: 8/10
Zostaw Komentarz » |
dubstep | Otagowane: droid sector, dubstep, rottun recordings, tom encore, vaski |
Bezpośredni odnośnik
Opublikował/a wanderinginurbanfog
grudzień 8, 2008

Anechoic Chamber, pierwsze wydawnictwo labelu Echodub, to solidna dawka techdubu i atmosferycznego dubstepu. 20 tracków o świetnym, przestrzennym brzmieniu zabiera słuchacza w inny świat na niemal 2 godziny. To raczej relaksacyjna muzyka, ale nie pozwala nikomu zmrużyć oka nawet na chwilę. Powolnie wkręcające bity, niekończące się echa, akordy wygrywane przez syntezatory o powłóczystym brzmieniu – niemal każdy numer zapewni nam takie atrakcje. Niestety poszczególne utwory mają czasem aż za wiele wspólnego i często brzmią jak produkcje jednego artysty. Brakuje naprawdę intrygujących brzmień, ciekawych przejść czy po prostu zapamiętywalnych motywów. Oczywiście w pewnym stopniu jest to domena gatunku, ale słuchając Anechoic Chamber ma się wrażenie, że producenci opierali się na zbyt często na schematach. Na szczęście na albumie znalazło się kilka perełek np. Silent Q czy The Entity. Pierwszy z tych numerów czaruje słuchacza glitchowanym feelingiem, natomiast drugi jest świetnym przykładem jak zagospodarować całą przestrzeń tajemniczymi brzmieniami i jeszcze zaintrygować odbiorcę subtelną, minimalistyczną melodią. Warto wspomnieć również o kolejności kawałków na płycie – zaczyna się spokojnie, od cieplejszych techdubowych numerów, a mniej więcej od połowy dostajemy numery zdecydowanie mroczniejsze. Anechoic Chamber to solidne wydawnictwo i pomimo kilku zastrzeżeń zdecydowanie je polecam, bo potrafi zaskoczyć. A fakt, że jest dostępne za darmo jest wielkim atutem.
Ocena: 7/10
Zostaw Komentarz » |
dubstep | Otagowane: ambient, dubstep, techdub |
Bezpośredni odnośnik
Opublikował/a wanderinginurbanfog
grudzień 7, 2008

Gdy dowiedziałem się o tym albumie, to byłem bardzo sceptycznie nastawiony – porywać się na Queen? Przecież to niemal pewne muzyczne samobójstwo. Z tym większym zaciekawieniem zapoznałem się z gotowym wydawnictwem. I muszę przyznać, że jednak się myliłem – Bracia nagrali bardzo przyzwoitą płytę. Pierwsze wrażenie – świetne brzmienie w wykonaniu nowoczesnego Queen. No właśnie – nowoczesny Queen, a nie Bracia. Niestety płyta to zbiór nic nie wnoszących coverów – nie odnajdziemy praktycznie żadnych zmian kompozycyjnych, aranżacyjnych, a nawet brzmieniowych! Trzeba oczywiście przyznać, że wszystko brzmi bardzo dobrze, Piotr Cugowski udowodnił, że jest świetnym wokalistą i można nawet powiedzieć, że wytrzymuje porównania z Mercury’m. Natomiast drugi z braci pokazał, że jest wszechstronnym gitarzystą, choć jeśli miałbym oceniać, który z Cugowskich lepiej się wywiązał ze swojego zadania, to stawiałbym na Piotra – wokalistę. Repertuar również nie zaskakuję – praktycznie same samograje, wielkie hity jak We Will Rock You, I Want To Break Free, Bohemian Rhapsody czy The Show Must Go On. Zagrywka pod publikę – świetne zagrane i nagrane, w dodatku same hity, to musi się sprzedać. Szkoda, że Bracia nie zaryzykowali i nie wybrali jakiś mniej znanych numerów czy nie spróbowali zrobić tego po swojemu. Z drugiej strony trudno im się dziwić – każdy artysta coverujący Queen myśli przede wszystkim o tym, żeby się nie skompromitować, a jego twórcze poszukiwania schodzą na dalszy plan. Dziwi też fakt, że dość młody zespół bierze się już za nagrywanie płyty typu “tribute to”, po prostu czuć, że nie jest to szczere zagranie. Tak czy inaczej albumu słucha nad wyraz przyjemnie, a fani legendarnego zespołu mogą spokojnie podwyższyć ocenę o jeden.
Ocena: 6/10
Zostaw Komentarz » |
rock | Otagowane: bracia, cover, cugowscy, queen, rock |
Bezpośredni odnośnik
Opublikował/a wanderinginurbanfog
grudzień 5, 2008

Pierwsze wrażenie po przesłuchaniu Blackfilm były następujące – flirt Amona Tobina z nieokrzesanym, mrocznym ambientem. I mam tu na myśli raczej ciemna stronę Amona, która częściowa ujawnia się np. na Chaos Theory. Te drapieżne, filmowe smyki, które zachwycają brzmieniem, akcentami i budowaniem napięcia – Blackfilm niemalże dorównuje w tym aspekcie gwieździe Ninja Tune. Na szczęście szybko orientujemy się, że autor ma do zaproponowania coś więcej niż sprawane kopiowanie stylu znanych producentów. Tytuł albumu jest bardzo trafny – mroczne ambientowe tła, wspomniana dramaturgia, wszechobecne szumy i nieregularności idealnie pasowałyby do niejednego współczesnego filmu noir. Ale nujazzowo-triphopowa mieszanka to wciąż tylko powierzchowna ocena tego albumu. Świadczy o tym chociażby fenomenalny numer Easter nieodparcie kojarzący się z poszukiwaniami Buriala (nie tylko ze względu na użycie tego samego sampla co w Dog Shelter), natomiast nieco odhumanizowane Five Years pokazuje jeszcze inne oblicze Blackfilma – fascynacje rytmiką daleką od typowego triphopu. Grzechem byłoby również nie wspomnieć o utworze Stalingrad, przerażająco intrygująca 10-minutowa suita jest chyba najlepszym dowodem na dojrzałość twórcy. Doprawdy świetny album, trzeba mu tylko dać szansę i nie ulec pierwszemu wrażeniu, że to wyłącznie powielanie cudzych patentów. Niesamowity, apokaliptyczny klimat, świetne bity, filmowa dramaturgia, a wszystko to bardzo spójne dzięki ambientowej charakterystyce całości – warto sprawdzić.
Ocena: 8/10
Zostaw Komentarz » |
nujazz | Otagowane: ambient, amon tobin, blackfilm, burial, dark, noir, nujazz, triphop |
Bezpośredni odnośnik
Opublikował/a wanderinginurbanfog
grudzień 1, 2008

Najnowsze dzieło Distance’a to 2-płytowy album – nietypowa forma w elektroniczym światku, gdzie królują EPki i single. Album wymaga większych nakładów pracy i trudno stworzyć na tyle dobry i równy materiał, żeby żaden z kawałków nie brzmiał jak wyprodukowany tylko po to, żeby wypełnić cały krążek. Tak czy inaczej Distance nie ma się czego wstydzić. Pierwsza płyta to premierowy materiał, natomiast na drugiej znajdziemy utwory wydane już przez label (prowadzony przez autora) Chestplate. Skoncentruję się na pierwszym dysku, które zawartość jest również dostępna na winylu. Może zacznę od tego komu ten album się nie spodoba – nie przypadnie on do gustu fanom jamajskiego dubu czy osobom, które lubują się w wygładzonych brzmieniach. Natomiast jeśli ktoś jest fanem nieokiełznanych sonicznych potworów, to Repercussions zagości w jego odtwarzaczu na dłużej. Distance raczy słuchaczy surowym brzmieniem, zabiera nas w chłodną podróż przez place budowy, stacje metra czy po prostu ciemne zakamarki współczesnej metropolii. Chropowatym liniom basu towarzyszą nie mniej chropowate bity i wspólnie wkręcają się w mózg słuchacza. Jednakże oprócz potężnych numerów jak Koncrete (bardzo trafny tytuł) znajdziemy również takie o bardziej “refleksyjnej” atmosferze np. Present Day (z drugiego krążka), gdzie ambientowym padom towarzyszy niepokojąco piękna, prosta melodia fortepianu, która w połączeniu z ciężkim, wręcz topornym beatem jest ciekawym obliczem IDMu. Największym zaskoczeniem związanym z Repercussions jest fakt, że mimo surowego klimatu albumu, większość kawałków jest spięta klamrą w postaci świetnych, intrygujących melodii, których u twórców mocnych, mrocznych numerów często brakuje. Ciekawe są również inspiracje Distance’a – wyraźnie słuchać, że gitarowa, metalowa muzyka nie jest mu obca. Czasem aż trudno określić czy dane brzmienie to przemielona efektami gitara czy stylizowany na “wiosło” syntezator. W każdym razie charakterystyczny rytm jest wyczuwalny w kilku utworach i jest to niewątpliwie ciekawy kierunek, który warty jest rozwijania. Repercussions nie pozostawia obojętnym – klimat poszczególnych tracków robi wrażenie, a album jako całość powala różnorodnością, a jednocześnie spójnością. Po prostu brzmienie miejskiego podziemia.
Ocena: 8/10
Zostaw Komentarz » |
dubstep | Otagowane: dark, distance, dubstep, repercussions, urban |
Bezpośredni odnośnik
Opublikował/a wanderinginurbanfog
grudzień 1, 2008

Najnowszy album Headhuntera to świetna rzecz do słuchania o 4 rano. Fantastycznie wprowadza w trans, nie atakuje słuchacza agresywnymi brzmieniami, a dodatkowo całość jest bardzo spójna. Kolejne utwory w dużym stopniu zachowują klimat poprzedników i są po prostu fragmentami układanki, którą jest Nomad. Same utwory mają strukturę podobną do całego albumu – nie zaskakują, powoli się rozwijają, słychać, że Headhunter postawił na duża powtarzalność krótkich motywów. Jego celem nie było zainteresować słuchacza skomplikowanymi melodiami czy imponującą harmonią – raczej chciał uzyskać władzę nad stanem świadomości osoby zapoznającej się z Nomadem. Trzeba przyznać, że mu się to udało: dopracowane bity, intrygujące brzmienia i niezwykła płynność wspomagają wchodzenie w trans pełen niskich dźwięków. Twórczość Headhuntera to wypadkowa wielu gatunków – dubstepu, techno czy minimalu. Można się również spotkać z określenie techdub, które wydaje się być niezwykle trafne – na jego najnowszej płycie zdecydowanie mniej jest połamanych rytmów, mniej również szalonego wobble bass występującego niemal w każdej dubstepowej produkcji. Zamiast tego dostajemy wiele kawałków z motoryką rodem z techno i nisko wybrzmiewającą stopą grającą w układzie 4×4. Nie można jednak zapomnieć o najważniejszej sprawie – subbassie, który swym potężnym brzmieniem wprawia w zakłopotanie każdy subwoofer. Te niesamowite niskie tony nie pozostawiają wątpliwości, że Headhunter to wciąż twórca dubstepowy. W połączeniu ze wspomnianymi wkręcającymi bębnami, zmyślnie wykorzystanymi perkusjonaliami oraz oczywiście świetnymi syntezatorowym plamami dają znakomity rezultat. A fakt, że cała ta mieszanka jest doskonale podkreślona przeróżnymi (głównie przestrzennymi) efektami wpływa na bardzo pozytywna ocenę tego albumu. Techdubowa podróż godnego naszych czasów, miejskiego koczownika zdecydowanie jest warta wysłuchania.
Ocena: 8/10
Zostaw Komentarz » |
dubstep | Otagowane: ambient, dubstep, headhunter, minimal, techdub, techno |
Bezpośredni odnośnik
Opublikował/a wanderinginurbanfog
grudzień 1, 2008

Czwarte wydawnictwo wytwórni F4T Music to wzorcowy przykład EPki – maksimum treści, bardzo konkretny materiał, a tylko 2 utwory na trackliście. Kawałki zostały dobrane na zasadzie kontrastu: Memories to rasowy dubstep z miażdzącym bitem i poruszającą się niczym walec drogowy linią basową, natomiast Monotonium to świetny przykład zgrabnej fuzji ambientu i dubstepowych poszukiwań. Co ciekawe w żadnych z tych numerów nie usłyszymy reggae’owych korzeni gatunku. Nie jest to jednak żadną wadą – twórcy pozwolili się porwać własnym inspiracjom zamiast tworzyć kolejne kopie utworów zdobywających popularność na parkietach. Warto docenić genialną przestrzeń w Monotonium, przeróżne przeszkadzajki znakomicie urozmaicają powolny, transowy bit i tworzą doskonałe tło dla nienadużywanego, gładkiego wobble bass. Drugi numer też zasługuje na wzmiankę – chociaż Memories niczym specjalnym nie zaskakuje, to jest po prostu dużą dawką potężnego bassowego grania z którym warto się zapoznać, tak jak i z całym wydawnictwem.
Ocena: 8/10
Zostaw Komentarz » |
dubstep | Otagowane: ambient, dubstep, electronic, flatemate, substep infrabass |
Bezpośredni odnośnik
Opublikował/a wanderinginurbanfog
listopad 25, 2008

Płytę kupiłem w dniu premiery i jak najszybciej pozwoliłem sobie utonąć w jej brzmieniach. Cóż można powiedzieć – cudo. Tak jak większość, tak i ja nie wiedziałem, czego się spodziewać, ale na szczęście już po kilku pierwszych dźwiękach zdałem sobie sprawę, że po prostu jestem zadowolony. Dlaczego? Dlatego, że On An Island to idealna płyta, album pełen różnych klimatów, choć jednocześnie czuć w tym wszystkim Gilmoura, a także jakieś odległe echa Pink Floyd. W sumie to po Division Bell czy koncertowym DVD Gilmoura (In Concert) te brzmienia nie są niespodzianką. Już na wspomnianym koncercie z 2002 roku, David uraczył swoich fanów porcją wysmakowanych utworów w niezwykłych – częściowo akustycznych, bardzo subtelnych – aranżacjach. Cały koncert miał bardzo kameralny charakter, a liryczna gitara byłego lidera Pink Floyd prowadziła słuchaczy podczas tej muzycznej, przyjemnie łechtającej zmysły, podróży. Już wtedy można było zorientować się jaką drogą zamierza podążyć Gilmour. Lecz były to jedynie przypuszczenia i wszyscy niecierpliwie czekali na premierę On An Island. Nie oczekiwałem, że ten album mnie zaskoczy. Oczekiwałem natomiast pięknych melodii, pięknej muzyki, pięknych aranżacji. I dostałem to wszystko. Pink Floyd uwielbiałem i uwielbiam za przestrzenne brzmienia, dopracowane frazy, fantastyczne role poszczególnych instrumentow, brak popisów i wszechobecne, wręcz namacalne emocje. Wszystko to jest także na recenzowanej płycie. Gitara Gilmoura? Poezja. Czasem David pokazuję, jak się gra porywające solo, a czasem pozwala ukryć się swojemu instrumentowi w tle. Na takie podejście może sobie pozwolić tylko prawdziwy i naprawdę świadomy artysta. David ma wspaniałą i niezwykle cenioną cechę: nie gra niepotrzebnych dźwięków – z wiekiem tylko tę umiejętność rozwija, a “On An Island” zdecydowanie to potwierdza. Każde kilka dźwięków, czy to jako akompaniament wokalu czy jako składowe solówki, zawsze doskonale pasuje i właśnie tam chce się je słyszeć. Trudno odmówić talentu i dobrego smaku Gilmourowi. Godne podziwu jest zróżnicowanie utworów – znajdziemy to zarówno nieco psychodeliczne, pinkfloydowate Take A Breath, jak i spokojne ballady. Nie braknie też utworów instrumentalnych – choćby Red Sky At Night, gdzie David gra na saksofonie (i gdzie da się wyczuć klimat Shine On You Crazy Diamond). Wszystkie utwory łączy jednak bijący od nich spokój i harmonia, piękno muzyki w najczystszej postaci. David kolejny raz potwierdził, że jest muzykiem kompletnym, który wciąż ma w sobie siłę, by tworzyć rzeczy nowe i niewtórne. Ten album zdecydowanie nie jest skierowany tylko do “wyznawców Davida Gilmoura” – każdy, który ceni sobie dopracowaną i urzekającą sztukę, powinien się z nim zapoznać.
Ocena: 9/10
Zostaw Komentarz » |
rock | Otagowane: ambient, art rock, david gilmour, pink floyd, rock |
Bezpośredni odnośnik
Opublikował/a wanderinginurbanfog
listopad 23, 2008

Zmierzyć się z twórczością giganta muzyki może jedynie inny gigant. W innym wypadku zamiast ciekawego dzieła, otrzymujemy coś, co jest nie tylko wtórne, ale także obnaża wszelkie wady artysty, który podjął wyzwanie. Na szczęście Johna Scofielda zaliczamy zdecydowanie do gigantów, nie tylko jazzu, ale w ogóle muzyki. Jak zatem poradził sobie ze spuścizną po Charlesie? Wyśmienicie. Wykorzystał potencjał tych niezapomnianych utworów, nieziemską melodykę Raya i energię drzemiącą w tej muzyce. Swoje charakterystyczne, soczyste brzmienie tym razem wykorzystał do zagrania klimatów bluesowych, funkowych, a momentami soulowych – nie zmienił stylistyki nagrań Charlesa, a mimo to jego aranżacje są zaskakująco świeże i oryginalne. Niewątpliwie spora zasługa w tym świetnych wokalistów, którzy towarzyszą Johnowi na tej płycie. Dzięki nim takie utwory jak I Don’t Need No Doctor czy I Can’t Stop Loving You od razu wpadają w ucho, gdyż po prostu po raz kolejny odkrywamy ich fenomenalne melodie, a Scofieldowska gitara nie pozwala nawet na chwilę nudy. Bardzo ciekawe jest także wykonanie klasycznego przeboju, czyli Hit The Road Jack – w tym utworze Scofield zrezygnował z wokalu i mamy do czynienia z wersją instrumentalną. Czy to źle? Zdecydowanie nie, bo w przypadku Johna Scofielda zawsze możemy liczyć na świetne partie gitary – pełne emocji i fraz, które, choć niebanalne, szybko zapadają w pamięci. Jego siłą, oczywiście poza niezwykłą wyobraźnią muzyczną, jest artykulacja i dobór dźwięków. Nigdy nie grał „technicznie” i dzisiaj także nikt go nie zaliczy do wirtuozów gitary, ale za to wciąż potrafi zaskakiwać, grać ciekawie i oczarowywać słuchaczy podejściem do improwizacji. Album That’s What I Say – John Scofield Plays the Music of Ray Charles potwierdza dwie rzeczy – że Scofield był i jest gitarowym gigantem oraz, że Ray Charles stworzył nagrania ponadczasowe, którymi zapewne inspirować się będą jeszcze kolejne pokolenia. Naprawdę warto posłuchać, jak wyszło to spotkanie dwóch wielkich muzyków, pozostaje żałować, że nigdy nie zobaczymy ich wspólnego koncertu.
Ocena: 8/10
1 komentarz |
jazz | Otagowane: blues, fusion, jazz, jazzrock, john scofield, ray charles |
Bezpośredni odnośnik
Opublikował/a wanderinginurbanfog
listopad 22, 2008

Kilka lat temu, mimo sceptycznego nastawienia wybrałem się na warszawski koncert Guns N’Roses. Ku mojemu zdziwieniu zespół Axla (bo prawdziwi Gunsi to to nie byli) zaprezentował się dobrze – sporo energii, mało nieciekawych eksperymentów, po prostu powrót do czasów swojej największej świetności. Nic odkrywczego, ale nie żałowałem pieniędzy wydanych na bilet. Tym większe było moje rozczarowanie po wysłuchaniu Chinese Democracy. Gdyby rozpatrywać ten krążek w kategoriach normalnej płyty, to oceniłbym ją jako nieudaną, nieciekawą płytę rockową. Nie zapominajmy jednak, że firmowana ona jest nazwa Guns N’Roses i powstawała w bólach przez 14 lat! W takim wypadku nie można jej ocenić inaczej niż jako beznadziejny twór, którego Axl powinien się wstydzić do końca życia. Część utworów brzmi jak parodia, w części numerów Axl śpiewa głosem natchnionego wampirzego księcia, a w reszcie słychać echa macierzystego zespołu wokalisty. Niestety te echa brzmią bardzo słabo – mogłoby się wydawać, że jeśli człowiek raz nagrał coś porządnego, to proste skopiowanie danego brzmienia nie będzie wykraczało poza jego możliwości. Cóż, Axl potwierdza, że się mylę. Na płycie znajdzie się może z półtora dobrego riffu, trochę za mało, żeby zachwycić osoby, które czekały 14 lat. Szkoda.
Ocena: 3/10
Zostaw Komentarz » |
rock | Otagowane: axl rose, hard rock, rock |
Bezpośredni odnośnik
Opublikował/a wanderinginurbanfog