Guns N’Roses – Chinese Democracy

chinesedemocracy

Kilka lat temu, mimo sceptycznego nastawienia wybrałem się na warszawski koncert Guns N’Roses. Ku mojemu zdziwieniu zespół Axla (bo prawdziwi Gunsi to to nie byli) zaprezentował się dobrze – sporo energii, mało nieciekawych eksperymentów, po prostu powrót do czasów swojej największej świetności. Nic odkrywczego, ale nie żałowałem pieniędzy wydanych na bilet. Tym większe było moje rozczarowanie po wysłuchaniu Chinese Democracy. Gdyby rozpatrywać ten krążek w kategoriach normalnej płyty, to oceniłbym ją jako nieudaną, nieciekawą płytę rockową. Nie zapominajmy jednak, że firmowana ona jest nazwa Guns N’Roses i powstawała w bólach przez 14 lat! W takim wypadku nie można jej ocenić inaczej niż jako beznadziejny twór, którego Axl powinien się wstydzić do końca życia. Część utworów brzmi jak parodia, w części numerów Axl śpiewa głosem natchnionego wampirzego księcia, a w reszcie słychać echa macierzystego zespołu wokalisty. Niestety te echa brzmią bardzo słabo – mogłoby się wydawać, że jeśli człowiek raz nagrał coś porządnego, to proste skopiowanie danego brzmienia nie będzie wykraczało poza jego możliwości. Cóż, Axl potwierdza, że się mylę. Na płycie znajdzie się może z półtora dobrego riffu, trochę za mało, żeby zachwycić osoby, które czekały 14 lat. Szkoda.

Ocena: 3/10

Dodaj komentarz