
Pierwsze wrażenie po przesłuchaniu Blackfilm były następujące – flirt Amona Tobina z nieokrzesanym, mrocznym ambientem. I mam tu na myśli raczej ciemna stronę Amona, która częściowa ujawnia się np. na Chaos Theory. Te drapieżne, filmowe smyki, które zachwycają brzmieniem, akcentami i budowaniem napięcia – Blackfilm niemalże dorównuje w tym aspekcie gwieździe Ninja Tune. Na szczęście szybko orientujemy się, że autor ma do zaproponowania coś więcej niż sprawane kopiowanie stylu znanych producentów. Tytuł albumu jest bardzo trafny – mroczne ambientowe tła, wspomniana dramaturgia, wszechobecne szumy i nieregularności idealnie pasowałyby do niejednego współczesnego filmu noir. Ale nujazzowo-triphopowa mieszanka to wciąż tylko powierzchowna ocena tego albumu. Świadczy o tym chociażby fenomenalny numer Easter nieodparcie kojarzący się z poszukiwaniami Buriala (nie tylko ze względu na użycie tego samego sampla co w Dog Shelter), natomiast nieco odhumanizowane Five Years pokazuje jeszcze inne oblicze Blackfilma – fascynacje rytmiką daleką od typowego triphopu. Grzechem byłoby również nie wspomnieć o utworze Stalingrad, przerażająco intrygująca 10-minutowa suita jest chyba najlepszym dowodem na dojrzałość twórcy. Doprawdy świetny album, trzeba mu tylko dać szansę i nie ulec pierwszemu wrażeniu, że to wyłącznie powielanie cudzych patentów. Niesamowity, apokaliptyczny klimat, świetne bity, filmowa dramaturgia, a wszystko to bardzo spójne dzięki ambientowej charakterystyce całości – warto sprawdzić.
Ocena: 8/10