Wyścig z czasem (In Time)

Wizja świata, w którym za wszystko płacimy czasem, jaki nam pozostał na ziemskim padole, jest niezwykle intrygująca. I dlatego właśnie po obejrzeniu trailera “In Time” z niecierpliwością czekałem na jego premierę. Niestety okazało się, że sam, nawet najlepszy, pomysł to za mało, żeby po dwugodzinnym seansie wyjść z kina w pełni usatysfakcjonowanym.

W najnowszym filmie Andrew Niccola świat pełen jest ludzi o wyglądzie dwudziestopięciolatków. Istny raj dla estetów. Dzieje się tak, ponieważ dzięki osiągnięciom medycyny ludzie przestają się starzeć po osiągnięciu ćwierćwiecza. Brzmi pięknie? Owszem, ale jest pewien haczyk – po dotarciu do wspomnianego wieku pozostaje zaledwie rok życia, a na każdą kolejną sekundę trzeba zapracować. Co jest niełatwe, jeśli weźmie się pod uwagę fakt, że życie kosztuje, a walutą jest czas, którego upływu każdy jest boleśnie świadomy. A gdyby komuś zdarzyło się o nim zapomnieć, to wystarczy, że spojrzy na wielki, bezlitosny licznik na swojej lewej ręce ze święcącymi, zielonymi cyframi. Same zera zawsze oznaczają jedno  śmierć.

Głównym bohaterem “Wyścigu z czasem” jest Will Salas (Justin Timberlake), jeden z tysięcy mieszkańców getta, który rzadko kiedy ma do rozdysponowania więcej niż dzień życia. Wszystko jednak odmienia się, gdy jego los splata się z Henrym Hamiltonem, którego licznik wyświetla imponujące sto szesnaście lat. Jest on już jednak zmęczony swoim ponad stuletnim żywotem i postanawia przekazać cały swój pozostały czas Willowi, który uratował przed pewną śmiercią w podrzędnym barze. Od tego momentu akcja zdecydowanie nabiera tempa Will postanawia uciec do innej “strefy czasowej”, zwyczajowo zarezerwowanej dla bogatych. Jednak tym, których majątki liczy się w mileniach, nie podoba się, by ktoś znikąd z dnia na dzień uzyskał przywileje podobne do ich. A fakt, że Will zostaje podejrzany o zamordowanie Hamiltona, zdecydowanie mu nie pomaga, bo w sprawę zostają zaangażowani Strażnicy Czasu.

Trzeba przyznać, że Niccol pomysł miał świetny. Z realizacją jest jednak dużo gorzej. Niestety żyjemy w takich czasach, że od filmu SF oczekuje się przede wszystkim efekciarstwa i akcji.”Wyścig z czasem” żadnej z tych rzeczy nam nie oferuje, a wizja przyszłości jest mało sugestywna. Oczywiście nie chodzi o świadomie wybrany przez reżysera styl retro-futuryzmu. Problem tkwi raczej w braku jakiegoś spoiwa, które spowodowałoby, że sztucznie wykreowana rzeczywistość w stu procentach by nas wciągnęła i nie wydawała się taka sterylna i pusta. Tymczasem nawet na moment trudno się pozbyć wrażenia, że to wszystko jest równie przekonujące, co pomalowana na zielono zwiędła trawa.

Brakuje także dynamicznych, zapierających dech w piersiach sekwencji scen akcji. Akcja nie jest, rzecz jasna, wyznacznikiem jakości filmu, ale “Wyścig z czasem” na poziomie scenariusza i poruszanych problemów nie oferuje wystarczająco dużo, by traktować go jedynie jako intelektualną ucztę. Dzieło Niccola próbuje podjąć się komentarza aktualnej sytuacji na świecie, zdominowanym przez kryzysy finansowe i różnorakie “grupy trzymające władzę”, ale robi to w sposób zbyt dosłowny i uproszczony. W dodatku walka z systemem, którą utożsamia dobroduszny Will Salas, pasuje raczej do pastiszu niż filmu SF, próbującego zabrać głos w istotnej kwestii.

Koncept ludzi bogatych, którzy nigdy nie muszą się nigdzie spieszyć i biedaków, dla których każda chwila jest na wagę złota, jest może nieco sztampowy, ale niewątpliwie wciąż aktualny. Jednak zabiegani biedacy w filmie, w którym powiedzenie “czas to pieniądz” jest tak dosłowne, jak to tylko możliwe, nie są szczytem finezji. Nie jest nim też scenariusz “In Time” i wygłaszane przez bohaterów kwestie. Co ciekawe, w scenariuszu znalazło się sporo miejsca dla elementów komicznych, które potrafią wywołać szczery uśmiech na twarzy, ale wydają się pochodzić z zupełnie innej bajki.

Mimo że obsada filmu jest gwiazdorska, to gra aktorów nie powala. Warto jednak zauważyć, że chociaż wszyscy aktorzy są w miarę w zbliżonym wieku, to paru z nich udało się pokazać, że dwudziestopięciolatkami są tylko z wyglądu – wystarczy wspomnieć (znanego z “Incepcji” czy “Batmanów” Nolana) Cilliana Murphy’ego, który wcielił się w styranego życiem Strażnika Czasu. Niekwestionowana gwiazda produkcji, Timberlake, zagrał natomiast co najwyżej przyzwoicie, co nie przeszkodziło mu, żeby wypaść wiarygodnie w roli Willa. Problem w tym, że Will nie jest wiarygodną postacią. Tak samo jak i całe getto, gdzie ludzie, którym zostało zaledwie kilka godzin życia, spokojnie stoją w kolejce po kosztującą kilka bezcennych minut kawę. A skoro mowa o getcie, to należy wspomnieć o epizodzie Johnny’ego Galecki (w roli Borela, wieloletniego kumpla Willa), którego występ może być sporym zaskoczeniem dla osób znających go jedynie z roli Leonarda w hitowym sitcomie “The Big Bang Theory”.

Po Niccolu, który paręnaście lat temu zachwycił świat świetnym “Truman Show” (scenariusz), a przede wszystkim doskonałą “Gattacą” (scenariusz i reżyseria), można było spodziewać się dużo więcej. Niestety “In Time” jest najlepszym dowodem na to, że swobodny dostęp do topowych nazwisk nie zawsze gwarantuje sukces, ale za to zawsze stwarza ryzyko niewypału – bardzo łatwo zachłysnąć się rozmachem i hollywoodzkością produkcji i zapomnieć o tak elementarnej sprawie, jak scenariusz. “Wyścig z czasem” to wręcz wzorcowy przykład wyśmienitego pomysłu i niewykorzystanego potencjału. Niestety zdecydowanie za szybko przystąpiono do produkcji, a potem nie było już, nomen omen, czasu, by nadrobić ewidentne braki na poziomie scenariusza i ogólnej koncepcji całości.

Tekst oryginalnie ukazał się w Magazynie Kultury

Tagi: , , , ,

Dodaj komentarz

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Zmień )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Zmień )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.