Ciekawy przypadek Dana Browna
Nie wstydzę się przyznać, że jestem fanem twórczości Dana Browna. Z jego pięciu powieści przeczytałem cztery, a z tych czterech bardzo mi się podobały trzy (te z profesorem Langdonem w roli głównej) i uważam je za świetne książki. Wróć, za świetną rozrywkę.
Zastanawiałem się ostatnio, co powoduje, że przeciętne literacko wypociny tego amerykańskiego pisarza zawładnęły wyobraźnią milionów (!) ludzi na całym świecie, każda jego kolejna powieść może liczyć niemal natychmiast na status bestsellera, a filmy na podstawie jego twórczości na zyski liczone w setkach milionów dolarów. Tak, wypociny, bo zdecydowanie nie jest to wybitna twórczość, a rozrywka dla mas prezentująca poziom wyjątkowo przeciętny. Ale, jak napisałem we wstępie, ja również zaliczam się do grona osób, które z przyjemnością sięgają po kolejną książkę Browna i niecierpliwie czekają na następną. O co więc chodzi?
Moja ocena tego fenomenu może być zdecydowanie nieobiektywna, bo nie ukrywam, że jestem wielkim fanem teorii spiskowych. Co prawda nie oznacza to, że w nie wszystkie wierzę, ale lubię o nich czytać, lubię gdybać, lubię tajemnice i filmy/książki, które z owych tajemnic robią głównych bohaterów. Dlatego tematyka, w której ostatnimi czasy lubuje się Dan Brown, tak do mnie przemawia. Ale przecież nie wszyscy są fanami spiskowej teorii dziejów, a mimo to książki Browna za każdym razem stają się hitami. Moim zdaniem dzieje się tak z kilku powodów.
Zacznijmy od formy. Jak wspomniałem Brown nie jest jakimś literackim geniuszem, ale niewątpliwie ma niezły warsztat, a już na pewno warsztat, który w zupełności wystarcza do pisania powieści sensacyjnych. Jego stylu, moim zdaniem, nic jakoś specjalnie nie wyróżnia – czyta się dobrze, szybko, informacje są sprawnie przekazywane czytelnikowi. Można powiedzieć, że jego styl jest transparentny niczym mało charakterystyczna muzyka filmowa, która jednak dobrze dopełnia obraz. Mimo tych dość surowych słów formę uważam za zaletę powieści o przygodach Roberta Langdona. Brown lubi swoją prozę dzielić na bardzo wiele rozdziałów (średnio ponad sto), co w przypadku powieści przypomina szybki i dynamiczny montaż w filmie. Jest to też ukłon w stronę współczesnych, którym ciężko jest się na czymś skoncentrować dłużej niż przez kilkanaście minut. Dzięki krótkim rozdziałom, prowadzeniu kilku wątków jednocześnie (które oczywiście muszą się kiedyś spotkać) i względnie prostemu językowi kolejne strony pochłania się bardzo szybko. I pojawia się zjawisko “no dobrze, jeszcze jedna strona”, bo tekst nie angażuje nas tak emocjonalnie czy intelektualnie, by rozpoczęcie kolejnego rozdziału w jakiś sposób zobowiązywało nas do doczytania go do końca podczas danej “sesji”.
Jednak forma wcale nie jest najważniejsza. Wręcz przeciwnie – jest ona jedynie dopełnieniem bardzo sprawnie przygotowanego produktu. Siłą powieści Browna jest coś zupełnie innego. A mianowicie przeróżne zagadki i teorie spiskowe. Nie jest to wielkie odkrycie, prawda? Warto się jednak zastanowić co powoduje, że to akurat Brown osiągnął taki olbrzymi sukces. Oczywiście mam pewną teorię na ten temat.
Moim zdaniem kluczowy jest fakt, że Brown stara się swoje pomysły jak najbardziej wtopić w znaną nam rzeczywistość. Znane dzieła sztuki – obrazy, rzeźby, budynki – nagle nabierają nowego znaczenia, ale znaczenia, które jesteśmy w stanie zaakceptować, bo Brown stara się nie jechać po bandzie (chociaż ja jestem fanem różnych spisków i ukrytych znaczeń, więc w tej kwestii jestem zdecydowanie nieobiektywny) w swoich interpretacjach wspomnianych dzieł. Jak wiadomo ludzie lubią to, co znają – nie ma potrzeba by się do czegoś od zera przyzwyczajać. Jeśli więc tylko lekko zmodyfikujemy znane miejsca czy fakty, to dużo łatwiej przekonać do ich akceptacji zwyczajnych ludzi (czytelników).
Trzeba przyznać, że Dan Brown to sprawny manipulator – lekko nagina prawdę, ale w taki sposób, że na pierwszy rzut oka nie wiemy co jest faktem, co jego interpretacją, a co szczyptą fikcji. Całe to przeinaczanie jest bardzo zgrabne, a gdy pozwolimy by opowieść nas pochłonęła, to wszystko (mimo że grubymi nićmi szyte) wydaje się całkiem logiczne. Dodatkowo fakt, że te tajemnicze wydarzenia rozgrywają się w znanych miejscach, a głównymi bohaterami zagadek są bardzo popularne przejawy kultury, powoduje, że w całą opowieść zaskakująco łatwo jest uwierzyć. “Przecież ja już o tym słyszałem, a nigdy nie zwróciłem na to uwagi… Niesamowite!” – tak w dużym uproszczeniu można to podsumować.
Kolejną bronią w arsenale Browna są ciekawostki. Nie ujawnia on na kartach swoich powieści żadnych tajemnic czy niezwykłych odkryć, ale często prezentuje mało znane typowemu czytelnikowi fakty historyczne, interesujące (i przedstawione jako szokujące) powiązania czy wspomniane ciekawostki. Dzięki “Zaginionemu symbolowi” dowiedziałem się, że w Waszyngtonie jest jedyny na świecie kościół z rzeźbą przedstawiającą Dartha Vadera. Gdy tylko o tym przeczytałem, to informację musiałem sprawdzić. Okazała się prawdziwa. Jak to wpływa na czytelnika? “Wow, kto by się tego spodziewał. Naprawdę coś takiego istnieje!” – i znowu straszliwe uproszczenie. Gdy okazuje się, że taka nieprawdopodobna informacja jest prawdziwa, to jeszcze łatwiej uwierzyć w całą resztę opowieści. Krótko mówiąc – autor Kodu Leonarda da Vinci to sprytny gość.
Gdy tak rozmyślałem nad fenomenem opowieści o profesorze Langdonie, to zrozumiałem, że “Gwiezdne wojny” swoją popularność w pewnym stopniu zawdzięczają zagrywkom podobnym do tych stosowanych przez głównego bohatera tego felietonu. Brownowi zarzuca się wiele błędów z zakresu historii sztuki czy teologii, ale przecież George Lucas także popełnił wiele błędów merytorycznych (że wspomnę tylko dźwięk w próżni), co nie jest dziwne – w końcu nie jest on fizykiem czy ogólnie osobą o ogromnej i szerokiej wiedzy. Odbiorcy jednak na takie błędy przymykają oko, bo pasują one do wizji całości. W ogóle “Gwiezdne wojny” mogą być odbierane jako totalna papka. Ale czy to może dziwić? Lucas, który wymyślił SW, to młody Amerykanin, który do swojego filmu wrzucał wszystko, co miał pod ręką i co go w jakiś sposób inspirowało, a niekoniecznie miało jakiś sens. Jakimś cudem ta mieszanka okazała się być jednak strawna, ale m.in. właśnie dzięki temu, że Lucas wykorzystał już znane ludziom elementy. W sadze odnajdujemy bardzo wyraźne nawiązania do kultury dalekiego wschodu, dzięki czemu Jedi nie wydają się być jakimś egzotycznym wymysłem. Rozwój bohaterów też jest oparty na od dawna znanym schemacie, a świat przedstawiony wydaje nam się bliski – gadżety i zaawansowane technologie są tylko dodatkiem, dekoracją, a nie rdzeniem uniwersum SW. Tradycyjna walka dobra ze złem, jak najbardziej przyziemne problemy bohaterów i udało się – powstał kultowy film. Jest to oczywiście temat na oddzielny felieton, ale to fascynujące, że ogólnoświatowe fenomeny mają wspólne cechy.
Motywy działań niektórych postaci są przedziwne, a zbiegi okoliczności posuwające akcję do przodu są czasem naciągane do granic możliwości. Dodajmy jeszcze do tego bohaterów, którzy czasami brzmią jakby cytowali Wikipedię, pseudointelektualne wywody i nieco naiwne przesłanie całości. Wygląda to jakbym recenzował tragiczną książkę, a tymczasem “Zaginiony symbol”, który ostatnio przeczytałem, dostarczył mi świetnej rozrywki na parę dni. I chociaż mój dobry znajomy stwierdził, że on twórczości Browna nie znosi, bo jego powieści to “sam plot”, czyli jedynie akcja, wysokie tempo i szukanie sensacji, to mnie to nie przeszkadza, bo czasami warto dać się porwać produkcjom, którym daleko do ideału, bo mają tylko niektóre elementy interesujące. W końcu sadze też moglibyśmy wytknąć np. “Star Wars Physics”, braki w scenariuszu czy momentami tragiczne aktorstwo, ale tysiącom fanów nie świecie to przecież nie przeszkadza. Bo jednak zalet jest zdecydowanie więcej, a nie każdy element popkultury musi aspirować do miana dzieła sztuki.
Tekst oryginalnie ukazał się na portalu Star Wars Extreme

Najnowsze komentarze