Keith Richards – Życie

Na wewnętrznej stronie okładki “Życia” Keitha Richardsa możemy przeczytać: “This is my life. Believe it or not, I haven’t forgotten any of it” (“To jest moje życie. Możesz w to wierzyć lub nie, ale nie zapomniałem żadnej jego części”). Takie wyznanie już na początku może nieco zaskoczyć nieprzygotowanego czytelnika, ale po przeczytaniu choćby połowy tej opasłej księgi staje się oczywiste, że spamiętanie tylu faktów z prawie siedemdziesięcioletniego życia jest nie lada osiągnięciem. Tym bardziej, że Richards sam przyznaje, że przez długi czas jego paliwem były połączone siły heroiny i kokainy. Ale to nie one są głównymi bohaterami książki, a niebywała miłość do tworzenia muzyki, która nigdy nie musiała być wspomagana przez narkotyki.

“Życie” to fascynująca autobiografia gitarzysty Rolling Stonesów, spisana przy współudziale dziennikarza Jamesa Foxa. Pojedyncze słowo na okładce jest może nieco banalnym zabiegiem, ale jednocześnie zwyczajnie pasuje do zawartości – Keith (że pozwolę sobie na taką poufałość) po kolei opowiada o kolejnych etapach swojego wyjątkowo barwnego życia, ale nie robi z siebie bohatera, którego należy stawiać na piedestale i stąd taka prostota tytułu. W książce znalazło się miejsce na wszystko – młodość spędzoną w Dartford, początki Stonesów, szczyt kariery czy swoistą emeryturę (jednak wciąż bardziej emocjonującą niż cały żywot przeciętnego śmiertelnika). Przygody Richardsa w naturalny sposób przypominają scenariusz filmowy. I jak w każdym szanującym się wysokobudżetowym, hollywoodzkim filmie, tak i w opowieści Keitha pojawiają się różne kraje i kontynenty – mamy okazję odwiedzić m.in. (oczywiście) Wielką Brytanię, Francję, Szwajcarię i USA, ale także rozbujaną Jamajkę czy Maroko. Podczas tych wszystkich podróży Keithowi niemal od zawsze towarzyszyły dwie rzeczy – miłość do bliskich mu osób i do napędzającej go muzyki.

Wielokrotnie powracającym tematem jest proces twórczy – niemal w każdym rozdziale można znaleźć coś interesującego o komponowaniu. Akapity o natchnieniu, wenie, niemalże boskiej interwencji którejś z muz pochłania się łapczywie, bo bije od nich szczerość. Z drugiej strony Richards odżegnuje się od przesadnego gloryfikowania “pisania piosenek”. Nie uważa komponowania za coś niezwykłego, a siebie samego za wybitnego twórcę, we wczesnych latach namaszczonego przez boga. Jednocześnie sposób, w jaki pisze o tworzeniu (często w niezwykłych okolicznościach), jest ujmujący i łatwo zrozumieć, czemu w pełni oddał się tak satysfakcjonującemu i uzależniającemu bardziej niż jakiekolwiek używki zajęciu – “Czasem myślę, że pisanie piosenek jest jak chwytanie za serce tak mocno, jak tylko się da, bez spowodowania zawału”. Czuć w tych wszystkich zazwyczaj prostych słowach ogromną pasję i, co najważniejsze, wcale nie odbiera się ich jak przechwalania czy braku skromności. Raczej jak swoistą naiwność – jakby Keith momentami nie zdawał sobie sprawy ze swojej niewątpliwej wielkości i tego, że na zawsze zapisał się na kartach rock’n'rollowej historii. Być może ta naiwność została wykalkulowana przez Richardsa, który w dość słusznym wieku postanowił nieco wybielić swój wizerunek, ale trudno w takie wyrachowanie uwierzyć, bo do przyjemności związanej z komponowaniem wraca zbyt często, opisuje to zbyt plastycznie, zbyt swobodnie. A poza tym jest autorem tylu hitów, że nikt nie ma prawa mu zarzucić bycia narcyzem, który więcej mówi niż robi.

Trudno wyobrazić sobie, żeby jakiekolwiek spotkanie z Richardsem mogło być nudne – w zanadrzu ma tyle anegdotek (których jest głównym bohaterem), że mógłby mówić bez końca, a słuchacze nawet przez chwilę nie myśleliby o oddaniu się w objęcia Morfeusza. “Życie” obfituje w doprawdy ogromną liczbę ciekawostek. Możemy chociażby dowiedzieć się, że w latach sześćdziesiątych “Amerykańska Federacja Muzyków mogła wydać zagranicznemu zespołowi zgodę na trasę albo na nagrywanie. Dwóch pozwoleń nie dało się dostać”, co zaowocowało Stonesami nagrywającymi w Memphis w iście partyzancki sposób, niemalże w całkowitej tajemnicy. Legendarny gitarzysta opowiada także o tym, jak w sklepie z zabawkami regularnie kupował zestaw “Mały lekarz” tylko po to, żeby zdobyć potrzebną mu strzykawkę. Przy okazji dla niepoznaki do koszyka dorzucał trzy misie i zdalnie sterowany samochód. A skoro mowa o dziwnych zachowaniach Keitha, to nie można nie wspomnieć o tym, jak reagował na ludzi, który odważyli się dotknąć jego jedzenia – nieistotne, czy mowa o jego chrupiącym przysmaku (“Moja sławna zasada podczas trasy: nikt nie dotyka zapiekanki pasterskiej przede mną. (…) Mam to w kontrakcie”), czy świeżym szczypiorku dodawanym do puree.

W autobiografii Richardsa, co raczej nie może być dla nikogo zaskakujące, możemy naprawdę dużo przeczytać o przeróżnych substancjach psychoaktywnych. Także o rozmaitych narkotykowych rytuałach czy problemach ze zdobyciem “towaru”. Keith zdradza ze szczegółami, jakie miał metody, jak wykorzystywał szemrane kontakty i jak wiele razy walczył z głodem (wiadomo jakim). Jednak pomimo tak dużej obecności tego tematu nie można powiedzieć, by Richards w jakikolwiek sposób namawiał do narkotyków czy próbował je idealizować. Raczej jest wręcz przeciwnie – uświadamia czytelników, jak łatwo jest upaść i jak trudno później się podnieść. Ponadto Keith co najmniej kilka razy wspomina, że te wszystkie używki w żaden magiczny sposób nie wpływały na wenę, nie pobudzały jego kreatywności. Krótko mówiąc – uświadamia, że narkotyki nie są żadnym rozwiązaniem dla ludzi marzących o rock’n'rollowej karierze.

Z “Życia” dowiadujemy się także, w jakich okolicznościach w 1979 roku taśmy z ówczesnymi nagraniami Stonesów zostały pobłogosławione przez papieża. Trudno oprzeć się wrażeniu, że Keitha Richardsa także ktoś musiał pobłogosławić, bo mimo tylu przeciwności losu, niesamowitych przygód i autodestrukcyjnych zachowań wciąż, cóż, żyje, a po przeczytaniu jego autobiografii jest to jednak spore zaskoczenie. Jego życie jest ciekawsze niż najbardziej wymyślna fikcja i pozostaje się cieszyć, że postanowił podzielić się z całym światem tą momentami szokująco szczerą opowieścią, w której nie brakuje ani samokrytyki, ani wzruszających wyznań. Opowieścią człowieka, który w życiu wiele razy kochał, ale nie zdradził tylko muzyki.

Tagi: , ,

Dodaj komentarz

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Zmień )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Zmień )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.